Sri Lanka – pierwsze dni, czyli Negombo-Dambulla-Sigiriya-Kaudulla NP

Symbol Sri Lanki – Sigiriya

„My father will come to pick you up from the airport. He is short and his face is black” – taką wiadomość otrzymaliśmy od właścicielki pensjonatu w Negombo, w którym mieliśmy zatrzymać się na pierwszą noc. Nie wiedzieliśmy co oznacza, że tata ma czarną twarz, jednak raczej nie chodziło o rasistowski przekaz. Okazało się jak Wychodzimy z lotniska, podchodzi ów tata. Faktycznie ma ciemną twarz, jednak już po chwili przekonujemy się, że kolor ten nie odbiega od karnacji innych Lankijczyków. Tata okazuje się bardzo żywiołowym i chętnym do pomocy człowiekiem. Nie dość, że przyjechał po nas o godzinie 5-tej na lotnisko, to jeszcze następnego dnia również o tej godzinie wstał by nas odprowadzić na autobus do następnej destynacji i upewnić się, że na pewno wsiadamy do prawidłowego. To był pierwszy przejaw miłego przyjęcia nas w tym kraju i zdecydowanie nie ostatni.

Pierwszy dzień. Zmuszamy się, żeby wstać koło 15. Musimy w końcu coś zjeść i rozglądnąć się po okolicy. Po zjedzeniu wątpliwej jakości kurczaka, idziemy na spacer. Może nie spacer – najpierw musimy przyzwyczaić się do pędu i chaosu panującego na lankijskich drogach i uważać, by nas nie rozjechano (chodników nie uświadczamy – zresztą jak w większości miejsc, które odwiedziliśmy w tym kraju). Następnie szykujemy się z 5 minut do przejścia przez ulicę, później o dziwo nikt nas nie rozjeżdża i w końcu zapuszczamy się w jakąś boczną uliczkę. „Tu zaraz powinniśmy dojść do morza”, mówię i idziemy w kierunku wody. Na końcu uliczki zamiast zejścia do wody ukazuje się katolicka kapliczka, a w niej kilka dzieciaków, którzy z zaciekawieniem nam się przyglądają. Zapewne mało jaki europejski turysta gubi się w tym rejonie, więc budzimy małą sensację. Obracamy się na pięcie i idziemy dalej, ponownie mijamy jakąś kapliczkę, krzyże i inne elementy chrześcijańskie. Dziwi nas to, bo spodziewaliśmy się widzieć raczej posągi Buddy zamiast wizerunku Jezusa.

Okolice Negombo

 

Okolice Negombo

 

Okolice Negombo

Z daleka widzimy jakiegoś pana w średnim wieku, w samym sarongu. Podchodzimy bliżej, pan nas zagaduje – skąd jesteśmy, na ile przyjechaliśmy itd. Po 2 minutach zaprasza nas do siebie do domu na herbatę. Jesteśmy nieco nieufni, ale przyjmujemy zaproszenie. Wcześniej słyszeliśmy sporo o lankijskiej życzliwości i uznajemy zaproszenie jako jej przejaw. W domu również widzimy krzyże i dewocjonalia, Pan nam wyjaśnia, że okolica Negombo nazywana jest na Sri Lance „małym Rzymem” i że faktycznie duży odsetek mieszkańców okolic to chrześcijanie. „Lankijczycy, którzy są chrześcijanami, są najlepsi!”, słyszymy. Słyszymy też opowieść o budowie domu przez Pana, jego 4 córkach oraz skrót współczesnej historii Sri Lanki, pyta nas za to jak się żyje w wolnej Polsce (ma sporą wiedzę o historii bloku sowieckiego), co się u nas jada oraz jakie mamy plany. Następnie cykamy sobie pamiątkowe zdjęcie i, chcąc nie nadużywać gościności, wychodzimy.

Pierwsi zapoznani Lankijczycy

Wstajemy następnego dnia wcześnie rano, żeby złapać jedyny autobus bezpośredni do Dambuli. Wsiadamy, zajmujemy miejsce za kierowcą. Ten nie mówi ani słowa po angielsku, ale od razu pomaga nam z plecakami, które umiejscowia przy swoim siedzeniu. Ruszamy. Po zaledwie kilku minutach dochodzimy do wniosku, że kierowca jest szaleńcem, wyprzedzanie na trzeciego było normą, na czwartego też się zdarzało. Okazuje się również, że niezbędnym elementem pojazdu jest klakson, który co kilka sekund naciskany jest przez pędzącego kierowcę. Potem dowiadujemy się, że nie on jedyny – używanie klaksonu to część swoistej kultury jazdy na Sri Lance i sposób komunikowania się z innymi użytkownikami ruchu.

Trasa Negombo – Dambulla to ok. 170 km, pokonujemy ją… w 5 godzin. Gdyby więc nie ambicje rodem z formuły 1 naszego kierowcy, aż strach pomyśleć ile jechalibyśmy taką trasę. Wysiadamy z autobusu, od razu zaczepia nas kierowca tuk tuka i pyta gdzie nas zawieźć, pokazujemy nazwę: Motel Home Stay, a ten mówi, że wie gdzie to jest i że nas zawiezie za 200 LKR. Pewnie moglibyśmy negocjować, ale cena 5 zł jest dla nas do przyjęcia. Docieramy na miejsce. Motel okazuje się prywatnym domem lankijskiej rodziny, która wynajmuje 2 pokoje. Młoda gospodyni wita nas z przepraszającym uśmiechem, że pokój jeszcze nie gotowy i żebyśmy jej wybaczyli, bo ma małe dziecko. Wybaczamy oczywiście, w międzyczasie poczęstowani jesteśmy herbatą i ciastem, a 10 minut później już się kwaterujemy.

Do Dambulli docieramy przede wszystkim po to by zobaczyć świątynie Rangiri, które wykonane w jaskiniach, wpisane na listę UNESCO. Ogarniamy się zatem i wychodzimy obierając sobie właśnie ten cel. Jest niemiłosiernie gorąco. Idziemy przez miasteczko, ściągając uwagę niemal wszystkich. Ku naszemu zaskoczeniu nie widzimy na ulicach ani jednego turysty. Największą atrakcję stanowimy dla dzieci, które uśmiechają się do nas, machają i testują swój angielski w słowach ‚hello’ i ‚where you going’. Kupujemy bilety wstępu do światyń, w okolicy roi się od małp, więc na wszelki wypadek nie wyciągamy nawet wody, żeby nie stać się ofiarą napaści z ich strony. Wejście na górę zajmuje nam około pół godziny i mamy wrażenie, że wyzioniemy ducha przy tym upale. Świątynie jednak wynagradzają wysiłek, robią wrażenie. Nigdzie na wyspie nie spotkamy tyle wizerunków Buddy w jednym miejscu. Bardzo pozytywne jest też to, że ponieważ światynie ukryte są w skałach, jest w nich przyjemnie chłodno.
W samej miejscowości można przejść się na największy targ owocowo-warzywny na Sri Lance. Tam kupujemy najsłodszego ananasa jakiego w życiu jedliśmy.

 

Wszędobylskie małpy w okolicy Rangiri
Świątynie w Dambulli

 

Świątynie w Dambulli

Następnego dnia wybieramy się zobaczyć symbol Sri Lanki – osamotnioną na równinie skałę Sigiriya. Buntujemy się przeciwko cenie 30 dolarów za wejście. Dodatkowo co przemawia przeciw to to, że – podobnie jak np. z wieżą Eiffla czy Emprire State Building – jak już się wejdzie/wjedzie na te atrakcje, to już samych ‚zainteresowanych’ na horyzoncie nie zobaczymy :-). A my właśnie Sigiriye chcieliśmy zobaczyć na pierwszym planie. Udajemy się zatem do oddalonej o 2 km Pidurangali, płacimy 10 razy mniej za wstęp (sic!), znowu w upiornym upale wspinamy się na górę, by po kilkudziesięciu minutach ujrzeć skałę celebrytkę. Na szczycie spędzamy koło godziny. Przecież trzeba uwiecznić w pamięci widoki w każdą stronę świata. Schodzimy w pośpiechu, bo jeszcze dzisiaj czeka nas safari. Na dole okazuje się, że na naszego kierowcę przychodzi nam czekać około godzinę, wykorzystujemy ten czas na relaks w cieniu i obserwację lankijczyków.

Sygiriya – widok ze szczytu Pidurangala

Przyjeżdża jeep. Pierwszy raz uczestniczymy w safari, ale spodziewamy się pełnego samochodu i ścisku, a tymczasem jesteśmy sami. Kierowca po 15 minutach jazdy  zatrzymuje się przy drodze na chwilę modlitwy w hinduistycznej kapliczce, a następnie pyta czy wszystko mamy i czy czegoś nam nie brakuje. Do końca naszej wyprawy robi wszystko, byśmy byli w pełni zadowoleni. Co do wyboru parku narodowego, to Kaudulla National Park pojawił się przez przypadek. Początkowo mieliśmy plan odwiedzić najpopularniejszy na Sri Lance park Yala, docierając tam kilka dni później, ale sprawdzając prognozę pogody zapowiadającą deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz stwierdziliśmy, że korzystamy póki możemy i jedziemy na safari w tej okolicy. W przewodniku czytam o PN Minneriya znajdującym się nieopodal. Pytam właściciela pensjonatu o możliwość safari w tym parku, ale okazuje się, że to nie sezon na Minneriya, bo w tym okresie roku słonie (o które właśnie nam chodzi) są w Kaudulla. Zwierzęta te pielgrzują między oboma tymi parkami i część roku spędzają w Minneriya, a część w Kaudulla (zależy od pory roku i dostępności wody w obu parkach).

Wjeżdzamy. Dla Wojtka oprócz walorów przyrodniczych frajdą jest sama jazda offroadowa. Ok – przyznaję, że dla mnie też. Tym bardziej, że – podobnie jak kierowcy autobusów – kierowcy jeepów również są dość odważni podczas jazdy. Nam, mimo jazdy po błotnych wertepach, nic się nie stało, za to pomagaliśmy innemu, mniej szczęśliwemu jeepowi, wyjechać z „dołka”. W Kaudulla widzimy małpy i bawoły, jednak największe wrażenie robią na nas wspomniane wcześniej słonie. Na poczatku widujemy pojedyncze osobniki, by po kilkunastu minutach zobaczyć stada. Widzimy kilka stad po parę sztuk, a przy wodopoju… kilkadziesiąt! Nawet nie wpadliśmy na to, by je policzyć, wpatrywaliśmy się nie mogąc oderwać wzroku od tych pięknych zwierząt. Słonie wydawały się nieprzejęte naszą obecnością, udaje nam się dojrzeć kilka małych słoniątek, a także podpatrzeć słoniową kąpiel! Atrakcja zdecydowanie nie tylko dla dzieci.

PN Kaudulla

 

PN Kaudulla

 

PN Kaudulla

Po trzech godzinach wyjeżdżamy z parku i docieramy do naszego „Homestay”. Dzisiaj gotują dla nas gospodarze, nie możemy się doczekać. Na stole ląduje Kottu (jedna z potraw narodowych Sri Lanki), które mamy okazję jeść pierwszy raz w życiu. Jako fani potraw jednogarnkowych, a na dodatek bardzo głodni – jesteśmy wniebowzięci.

Minęło kilka dni, a Sri Lanka już nas zdążyła ująć na kilka sposobów.

Comments

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
      podróżożercy

      Nie można tak negatywnie… może się jednak kiedyś uda? 🙂 Tego zyczymy, a w międzyczasie zapraszamy na naszego bloga częściej 🙂

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *