Port Barton – raj jeszcze niezepsuty

Baliśmy się. Przyznajemy się, że po niemiłym zetknięciu z Manilą baliśmy się, że Filipiny nie dadzą się lubić. I jak dobrze, że się baliśmy niepotrzebnie. Port Barton to najmilej przez nas wspominane, odwiedzone miejsce na Palawanie. I na całych Filipinach.

Słyszeliśmy już wcześniej o tym, że do Port Barton nie prowadzi w pełni asfaltowa droga. Ostatnie kilometry to na przemian droga szutrowa i błotniste wydmy. My trafiamy na Palawan kilka dni po przejściu tajfunu, więc widać jego skutki. Zastanawiamy się czy jeśli będzie padać przez najbliższe dni, to będziemy mieli jak wrócić…

Idziemy przez łąkę szukając naszego pensjonatu. Po drodze mijamy grupkę dzieciaków. Jedno z nich trzyma jakieś małe, czarne, piszczące zwierzę w dłoniach. „Co tam macie?” pytamy. Chłopak, jakby nigdy nic, spokojnym głosem odpowiada: „nietoperza”.

Boczne drogi w Port Barton

Kwaterujemy się. Czeka nas zaskoczenie – w naszej chatce ma być wi-fi! To nie takie oczywiste na Filipinach. Szybko jednak okazuje się, że z pustego nawet Salomon nie naleje. Czyli przekładając powiedzenie na filipińską rzeczywistość: nie da się mieć Internetu, skoro… nie ma prądu. Prądu mieliśmy przyjemność mieć od czasu do czasu na godzinę lub dwie dziennie. Są też plusy – dzięki temu przypomnieliśmy sobie na przykład o istnieniu np. w pełni ‘analogowej’ gry w statki…

Serce Port Barton

Pędzimy do centrum. Zero betonu, cementu, zabudowa najwyżej jednopiętrowa. Asfaltu nadal brak. Dzięki temu powstaje ‘naturalne’ ograniczenie prędkości w miejscowości, bo jechać szybciej się nie da. ‘Island hopping, sir?’, zaczepia nas co kilka minut jakaś osoba. Grzecznie, lecz stanowczo odmawiamy, mimo, że na Island hopping (czyli– najczęściej całodniową – wycieczkę po okolicznych wyspach) płynąć chcemy. Nagle przystajemy przy jakiejś rozpisce wycieczek i podchodzi do nas pan o najwspanialszym uśmiechu na świecie. Nieśmiało i nienachalnie pyta czy jesteśmy zainteresowani. Decydujemy się od razu. Do zobaczenia następnego dnia.

Centrum Port Barton
Centrum Port Barton
Plaża w Port Barton

Tymczasem docieramy do plaży. W centrum Port Barton plaża zamieniona jest w swoisty parking łódek ‘pająków’, które głównie służą do transportu turystów właśnie w ramach ‘island hopping’. Przy plaży bary z bambusa. Takie jakie widzieliśmy na filmach z Karaibami w tle. W kilku z nich właśnie trwają happy hours. Siadamy w pierwszym z brzegu barze, zamawiamy piwo i smoothie z ananasa, płacąc w sumie 6 zł. W gratisie orzeszki oraz karaoke zdominowane przez 60-letniego filipińczyka. Patrzymy na niespiesznie przechadzających się turystów i miejscowych. Po pół godziny już wiemy, że Port Barton to nasze miejsce.

Chillout przy plaży w Port Barton
Chillout przy plaży w Port Barton

Na Island hopping wstajemy rano. Okazuje się, że jesteśmy jedynymi pasażerami naszego pająka. Płyniemy w kilka miejsc, w których jest rafa koralowa. Wojtek przeżywa swój pierwszy snorkeling i tym samym wypija pierwszy litr wody prosto z Oceanu Spokojnego. Zatrzymujemy się też w miejscu, gdzie ‘stacjonują’ żółwie oraz na kilku bezludnych wysepkach. Typowo to rajski dzień z ochami i achami z naszej strony.

Snorkeling
Na jednej z wysp w okolicach Port Barton
Na jednej z wysp w okolicach Port Barton

White Beach

Następnego dnia stawiamy sobie za cel dotrzeć do White Beach (o tej pięknej plaży dowiadujemy z innego bloga, który przy okazji bardzo Wam polecamy: lkedzierski.com). Pytamy miejscowych jak się na nią dostać. Dostajemy wskazówki, że właściwie o tej porze możemy jeszcze pójść plażą, będzie wody najwyżej po kolana. Szybko weryfikujemy, że woda kolana przewyższa i przy poziomie jej ‘do brzucha’, wycofujemy się pokornie z opcji A. Opcja B zakłada pójście przez las, a potem drogą. Ze względu na starcie otwartego obuwia vs. wysokie chaszcze stosujemy metodę: bądźmy głośno, żeby spłoszyć węże. Oprócz węży, które posłusznie się przed nami ukryły, przyciągamy uwagę dzieci. „You want coconut?”, słyszymy. Grzecznie dziękujemy, aczkolwiek gdyby nie te chaszcze, to kokos przecież zawsze jest dobrym pomysłem.

Po 45 minutach docieramy na miejsce. Płacimy kilkanaście peso za wejście na pustą plażę i rzucamy się do wody. Błękit, widzę błękit. Raj, widzę raj. Przez to, że White Beach oddalona jest od centrum miejscowości oraz że przy niej znajduje się tylko jeden ośrodek, jest niemal pusta. Co jakiś czas zaglądają (czyt. dopływają) tu turyści, jednak tłumu nie ma. Jest idylla, nic więcej.

Na plaży White Beach
Na plaży White Beach

Z powrotem wracamy ‘pająkiem’, korzystając z tego, że akurat któryś wysadził na White Beach turystów i wracałby ‘na pusto’ z powrotem do miejscowości.

Pella’s place

„Pella’s place. MMA, Zumba, Yoga…” Już w pierwszy dzień zauważamy przy wjeździe do miejscowości budynek z workiem bokserskim na werandzie. Idziemy zapytać, czy nie odbywają się tam jakieś zajęcia. Podchodzi do nas Thomas – sympatyczny Europejczyk w średnim wieku i zaprasza nas na kolejny dzień na trening.

Przychodzimy na czas, oprócz nas jest kilku Francuzów i Filipińczyków. Lekcje okazuje się prowadzić Thomas – pół Szwed, pół Amerykanin. Po godzinie treningu jeszcze rozmawiamy. Słyszymy, że to miejsce będzie w przyszłości sierocińcem dla dzieci. A w międzyczasie po prostu chce robić coś dla lokalnej społeczności i ją aktywizować.

W "Pella's place"
W „Pella’s place”

Pytamy ile płacimy za lekcję. Odpowiada, że nic. Że on ma firmę w Szwecji i nie potrzebuje pieniędzy. Natomiast, jeśli chcielibyśmy wspomóc fundację, to możemy coś wpłacić na jej konto. Pella’s place wzięło nazwę od jej niedawno zmarłej córki. Przykro nam strasznie. A jednocześnie nie możemy się nadziwić temu wielkiemu duchowi Thomasa.

Wieczorem idziemy znowu do „centrum”. Miejscowi stracili już chyba nami zainteresowanie jako potencjalnymi klientami. Czyżbyśmy stali się ‘swoi’? Po drodze mijamy studio tatuażu, zza kotary macha nam na powitanie niedawno poznany, na lekcji u Thomasa, młody Filipińczyk. Siadamy w tym samym barze co dzień wcześniej. Znowu jest karaoke i ten sam Pan w roli gwiazdy wieczoru. Czyżbyśmy byli u siebie?

Zachód Słońca w Bort Barton
Zachód Słońca w Port Barton

 

Comments

  1. Joanna Skrzypek

    Co za cudowne miejsce… Aż się rozmarzyłam czytając ten wpis, przepiękna fotorelacja, następnym razem chowam się wam do walizki 🙂 Pozdrawiam!

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
      podróżożercy

      Życzymy, by się spełniły te marzenia! Wprawdzie Filipiny pozostawiły po sobie u nas mieszane uczucia, ale są takie miejsca jak Port Barton, które polecamy bardzo!

  2. LIRA

    Jaka cudna opowieść! Ale przyjemna relacja 🙂 Cieszę się, że trafiłam na Waszą stronę. Uwielbiam podróżować, dlatego takie historie pozwalają mi być tam niemal osobiście.
    Czy macie zamiar zwiedzić wszystkie 217 krajów, czy to tylko taka informacyjna mapka na dole strony? Jeżeli takie macie plany to zazdroszczę, podziwiam i trzymam kciuki 🙂 Będę zaglądać i sprawdzać postęp 🙂 Życzę szczęśliwych podróży i WiFi w każdym miejscu na świecie;-)

    1. Post
      Author
      podróżożercy

      Bardzo nam miło czytać takie słowa, dziękujemy! Zapraszamy ponownie, także na naszego FB i Instagrama 🙂
      Co do mapki, to na razie ma funkcję informacyjną, a razie zaznaczyliśmy kraje, które odwiedziliśmy razem, osobno byłoby ich więcej 🙂 Na pewno będziemy dążyć do jej ‚kolorowania’ i marzy nam się do dobicia chociaż do 100, ale to projekt na długie lata 🙂

  3. Magda Iza

    Coś pięknego ❤️ Świetny artykuł i fotki 🙂 już któraś z rzędu osoba „miesza mi w głowie” Filipinami :))) bosko

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
  4. Judyta

    O tak rajskie filipińskie plaże to także nasze miejsce 🙂 nigdy nie zapomnę widoków tej egzotyki! Wasze relacje są bardzo pomocne, a do tego piękne zdjecia!!! 😀 czekam na kolejne wpisy 🙂

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *