Top 10 atrakcji na wyspie południowej Nowej Zelandii

10 atrakcji

Najciekawsze atrakcje turystyczne na wyspie południowej Nowej Zelandii według Podróżożerców.

10 atrakcji, które warto zobaczyć na wyspie południowej Nowej Zelandii, czyli istny dekalog po podróżnym rachunku sumienia Podróżożerców. Przyznajemy, że było ciężko ograniczyć się do tak krótkiej listy, ale cieszymy się, że udało nam się wybrać te, które wydają nam się esencją południa NZ i które z całego serca polecamy innym odwiedzić 🙂

1. Jezioro Tekapu.
To było nasze pierwsze „wow” w czasie naszego road tripa po Nowej Zelandii i musiało się znaleźć w tym zestawieniu. Krystalicznie czyste jezioro, dookoła piękny krajobraz, a na jego brzegu malutki kościół, który jest podobno najczęściej fotografowanym miejscem na NZ. My trafiliśmy na nie najlepszą pogodę i też nie na idealną przejrzystość powietrza, ale to miejsce i tak zrobiło na nas ogromne wrażenie.

Jezioro Tekapu

2. Clay Cliffs.
Po NZ podróżowaliśmy bez przewodnika, za to z fajną mapą drogową, gdzie zaznaczone były różne, także przydrożne atrakcje. Kiedy zobaczyliśmy kierunkowskaz na Clay cliffs postanowiliśmy skręcić, natomiast nie ukrywamy, że jak zobaczyliśmy szutrową drogę prowadzącą donikąd i poprzedzoną samoobsługową bramą, to chcieliśmy kilka razy zawrócić na główną trasę. Dobrze, że tego nie zrobiliśmy. Te klify to nie z tych, które znajdziemy na wybrzeżu. Są „przyklejone’ do gór. Samo miejsce fajne, ale też z okolic rozpościera się fajna panorama na równiny.

10 atrakcji
Clay Cliffs
Clay Cliffs

3. Queenstown.
Podobno nie dla miast przyjeżdza się do Nowej Zelandii. To pewnie w dużej mierze prawda, ale Queenstown jest wyjątkiem. Miasto położone nad jeziorem, pośród gór, w centrum panuje wspaniała atmosfera. Jest turystycznie, jest też sporo adrenaliny, bo miasto jest mekką sportów ekstremalnych i sporo tu młodzieży, która przyjeżdża do NZ właśnie po to. My nie korzystaliśmy, za to po mieście przechadzaliśmy się długie godziny i stwierdziliśmy zgodnie, że tutaj by można było zamieszkać 🙂

Jedna z ulic w Queenstown

4. Trasa Te Anau – Milford Sound.
Pięknych tras jest w NZ mnóstwo (siatka dróg na wyspie południowej jest dość rzadka, ale mimo tego mnóstwo z tych dróg jest atrakcją samą w sobie!). W naszym zestawieniu po długim zastanowieniu znalazły się dwie (chociaż na wyróżnienie zasługuje na pewno więcej). Pierwszą z nich jest droga w Paku Narodowym Fiordland prowadząca do Milford sound. Przejechanie 120 km zajmie nam co najmniej 2 godziny, bo spora część odcinka to jazda w górach, przejedziemy też przed tunel wydrążony w jednej z nich. 2 godziny jednak to założenie, że nigdzie po drodze nie będziemy się zatrzymywać. A zatrzymywać się powinniśmy, bo sporo przy niej punktów widokowych, wodospadów, czy jezior (polecamy np. Mirror lakes).

Gdzieś na trasie…

5. Milford sound.
Wybraliśmy się na rejs po zatoce, zresztą wszyscy tak robią docierając do zatoki. Jeśli nie odbywa się trekingu w okolicach (jednego z nowozelandzkich tzw. great walks), to jest to jedyna możliwość, by docenić to miejsce. Nie byliśmy nigdy w Norwegii więc nie mamy porównania czy te fiordy są ładniejsze czy nie. Dla nas było niesamowicie. To takie miejsce, gdzie człowiek uśmiecha się do siebie i stwierdza, że dla takich miejsc warto ‚inwestować’ w podróże. Czyste piękno.

Zatoka Milford Sound

6. Cardrona.
Jadąc z Queenstown nad jezioro Wanaka mamy do wyboru 2 trasy – jedną przez góry (krótszą) i jedną trochę naokoło, ale jednak po płatskim. Przez chwilę ocenialiśmy możliwości naszej wypożyczonej Hondy Fit i stwierdziliśmy, że wierzymy w nią, że da radę pojechać przez góry. Nie dość, że Honda dała radę, to my natknęliśmy się na niespodziankę po drodze. Cardronę, małą miejscowość w górach, która wygląda jak z innej epoki. Kilka wiktoriańskich budynków, w tym hotel (który jak się potem okazało ląduje często jako widok na pocztówkach z NZ). Niby niewiele, a jednak miejsce przepiękne. Kawałek dalej znajdziemy ‚bra fence’, czyli stanikowy płot. Inscenizacja ma zwrócić uwagę na problem raka piersi, natomiast płot biustonoszy pośrodku niczego jest też atrakcją samą w sobie.

Legendarny Hotel Cardrona


7. Lodowiec Franciszka Józefa.
Zobaczenie lodowców to jeden z głównych powodów, dla których wybraliśmy się do Nowej Zelandii. Dla nas był to lodowcowy pierwszy raz więc bardzo doceniliśmy widoki. Trzeba jednak przyznać smutną prawdę, że lodowce znikają. Widać to bardzo dobrze na przykładzie właśnie Franciszka Józefa, który topnieje w zastraszającym tempie. Z roku na rok zdjęcia z tego miejsca przedstawiają coraz mniej lodu. Oto widok ze stycznia 2018. Za rok będzie jeszcze smutniej. Dlatego śpieszmy się te lodowce zobaczyć! A po drugie, jak już tu dotrzemy, miejmy też trochę refleksji nad zmianami klimatycznymi.

Ścieżka do lodowca Franciszka Józefa

8. Droga krajowa nr 6
Jazda przez wschodnie wybrzeże, czyli druga trasa w naszym zestawieniu. Co nam się tak bardzo podobało? Widoki, wybrzeże, ale też mgła! Mimo, że trafiliśmy na piękną słoneczną pogodę, to w powietrzu unosiła się charakterystyczna mgiełka, której nie widzieliśmy nigdzie indziej. Poza tym wschodnie wybrzeże, to najbardziej zielona część wyspy południowej, więc po drodze zobaczymy mnóstwo nowozelandzkiej roślinności. Dodatkowy czynnik to ruch na drogach. Mimo tego, że NZ stała się popularną destynacją turystyczną, to ruch samochodowy jest dość niewielki (na nasze polskie i europejskie standardy). Na dodatek wschodnie wybrzeże to miejsce gdzie samochodów spotkaliśmy najmniej. Tylko my i przyroda. Cudnie!

Widoki z trasy przy wschodnim wybrzeżu

9. Skały naleśnikowe.
Trochę tu komercyjnie, wytyczone ścieżki, kilka sklepików przed wejściem na skały gdzie wiemy, że przepłacimy, ale i tak kupimy lody (Co zaskakujące nikt tu nie wpadł na pomysł, by sprzedawać naleśniki – a myslę, że by się biznes przyjął!). Skały faktycznie przypominają naleśnikowe torty i jest to widok spektakularny Dodatkową atrakcją są fale obijające się o skały, które przy bardzo wietrznej pogodzie oprócz uatrakcyjnienia widoków, mogą przyprawić niezapowiedziany prysznik odwiedzającym. Warto tu zajrzeć.

Skały naleśnikowe

10. Muzeum WoW w Nelson.
Ostatni punkt i wiemy, że bardzo odmienny od pozostałych. Nie jesteśmy wielkimi fanami muzeów, ale lubimy odwiedzić takie gdzie albo wiemy, że się czegoś dowiemy (o miejscu, o historii) albo takie, gdzie tematyka nam podpasuje. W muzeum WoW znajdziemy 2 wystawy z 2 tematami, które kompletnie nie mają ze sobą nic wspólnego. Pierwszym z nich są zabytkowe samochody, a drugim… wearable art (w wolnym tłumaczeniu ‚noszona sztuka’, ‚sztuka modowa’). I chociaż nie interesujemy się modą, doceniliśmy wystawę. Bo absolutnie nie chodzi o modę z wybiegów czy sieciówek, a o ciekawe (chociaż nieraz i przerażające) pomysły, które są wcielone w ubrania. Sztuka nowoczesna do sześcianu, ale naprawdę polecamy. A nawet jeśli ta ‚moda’ nie przypadnie Wam do gustu, to samochody na pewno!

W muzeum WoW

 

W muzeum WoW

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *