Sydney – miasto z marzeń i miasto marzenie

Sydney

Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, za oknem chlapa, zimno i szaro. Brzuch pełen po 3 dniach jedzenia. Włączone wiadomości, a w nich informacja o rozpoczętych regatach Sydney-Hobart i ujęcia na tłumy obserwujące majestat jachtów z brzegów zatoki miasta Sydney. I moja myśl, że kiedyś zobaczę to na żywo. I tak co rok. Moje marzenie związane z Australią. Kiedy więc zdecydowaliśmy ominąć polską zimę szerokim łukiem i spędzić ją w bardziej temperaturowo sprzyjających okolicznościach, Sydney musiało pojawić się na naszej trasie.
Na zobaczenie miasta mieliśmy 5 dni. Na przeciętne miasto wydawałoby się długo lub co najmniej w sam raz. Ale Sydney nie jest przeciętne i 5 dni to czas, który pozostawił ogromny niedosyt tego miasta.

Opera

Spotkanie pierwsze. Opera i Harbour bridge. Bałam się, że jednak się rozczarujemy. Jak się tyle razy widzi coś w telewizji, co wydaje się takie majestatyczne i piękne, zdarza się, że rozczarowuje jak się to zobaczy na żywo. Wysiadając z pociągu na stacji Circular Quay i widząc już z okien pociągu operę wiedziałam, że w tym przypadku tak nie będzie. Ona naprawdę jest wyjątkowa. Dookoła mnóstwo ludzi, w Australii w okolicach świąt niemal wszyscy mają urlop w związku z wakacjami letnimi, więc to jeszcze potęguje liczbę osób w mieście. Ale w centrum Sydney te tłumy odczuwa się jakoś inaczej. Nie ma tu korków ludzkich, gdzieś się Ci ludzie rozpraszają, że nie potykamy się o innych, a jak już się z kimś zderzymy, nie usłyszymy warknięcia, tylko zobaczymy uśmiech na twarzy przechodnia. Co pozytywnie zaskakuje w samej operze? Można ją obejść wokół, ale można też przejść się pomiędzy jej żaglami, zobaczyć ją z bliska z każdej strony!

Harbour Bridge

W jej pobliżu mamy też najlepszy widok na drugą ikonę miasta, czyli most w kształcie wieszaka – Harbour bridge. Jak się bliżej przyjrzymy, zobaczymy wyglądających z daleka jak małe mrówki – śmiałków wspinających się na jego szczyt. Chętnych na tę atrakcję nie brakuje, codziennie most „zdobywa” co najmniej kilkadziesiąt osób, a atrakcja naprawdę nie jest tania. Z ciekawości zapytaliśmy na chacie internetowym konsultanta, ile kosztowałaby taka przyjemność w święta i otrzymaliśmy cenę zaporową 300 AUD za osobę… Ale nie trzeba się na most wspiąć, żeby się nim cieszyć, wystarczy po prostu na niego popatrzeć.

Sydney
Harbour bridge
Centrum Sydney, dzielnica The Rocks
Centrum Sydney, dzielnica The Rocks

Okolica

Świetnym miejscem w okolicy opery są miejskie ogrody botaniczne. Znajdują się w sercu miasta i są zielonym centrum Sydney. Ogromny obszar z australijską florą i fauną. Na faunę czasem trzeba uważać, zwłaszcza jak ma się różnego rodzaju fobie i zbyt dobrą wyobraźnię 🙂
Po Sydney najlepiej i najszybciej jest poruszać się pociągami, za to najprzyjemniej… promami! Korzystamy z tego środka transportu kilka razy, by dotrzeć do bardziej odległych części miasta.
Jednym z przyjemnych zakątków jest Watson Bay, miejsce gdzie znajdziemy spokojne plaże, a także piękne widoki na ocean oraz miasto. Podczas naszego wypadu łapie nas deszcz, postanawiamy ukryć się w knajpce. Podchodzimy do baru i widzimy, że jednym z oferowanych piw jest „Kościuszko”. Zdecydowanie musimy spróbować. Nie tylko smak piwa nas interesuje ale też reakcja barmana na polską wymowę tego słowa.
– One big Kościuszko beer, please – mówię.
– Pardon?
– Kościuszko!
– Hmmm? Which?
– Kościuszko! – i ponieważ już mi szkoda barmana, wskazuje odpowiedni keg ręką
– Aaa! Kosjosko!
Nikt tu oczywiście nie wie kim był Kościuszko, a tym bardziej nikt nie wie jak wymówić takie egzotycznie brzmiące słowo. Okazuje się, że wymowa „kosjosko” jest powszechna i jedyna wśród Australijczyków. Kościuszko jednak czy ‚kosjosko’ piwo nam, mimo swojej ceny, jak najbardziej smakuje.

A wśród piw… Kosciuszko, bardziej znany pod pseudonimem ‚kosjosko’
Widoki z okolic Watson Bay

Pierwszy Dzień Świąt

W pierwszy dzień świąt wybieramy się do Manly. To, oprócz Bondi beach, jedna z najbardziej popularnych i obleganych plaż w Sydney (a miasto ma ich ponad 100!). Najpierw udajemy się na 10km spacer po okolicy, przechodzimy przez maleńkie plaże gdzie znajdujemy już pierwszych grillujących Australijczyków. Docieramy do punktu widokowego na North Head i oto widzimy widok na zatokę właśnie taki jaki pamiętam z tych świątecznych wydań wiadomości. Do samej plaży Manly docieramy koło 14, a tam impreza już trwa. Co druga osoba z czapką mikołaja na głowie, alkohol widzimy w rękach niemal wszystkich świętujących, a generalnie mimo tego, że jest tylko 20 stopni, kilku odważnych kąpie się w oceanie. W sklepie kupujemy lody, sprzedawca zagaduje do nas „kiepska pogoda w te święta”, a my patrzymy z Wojtkiem na siebie i dajemy sobie spokój z tłumaczeniem, że „kiepskość” świątecznej pogody, to naprawdę pojęcie względne.

Manly
Manly beach w pierwszy dzień Świąt BN
świąteczne świętowanie Australijczyków
Manly… tak, to nadal część miasta 🙂

Drugi Dzień Świąt i start zawodów Sydney-Hobart

W drugi dzień świąt rano udajemy się na przystań. Start zawodów będziemy obserwować z promu. Trochę przychodzi nam się naczekać zanim pojawia się nasza łajba. Księżniczka Wangi. Statek z 1922 roku, na pewno więc byliśmy w ten dzień najbardziej wiekową jednostką w zatoce, trochę w opozycji do nowoczesnych jachtów zaczynających się w ten dzień ścigać. Podczas obserwowania jak inne statki nas wymijają i obgryzania paznokci myśląc, że w takim tempie raczej nie zdążymy dotrzeć na linię startu, przypomniałam sobie polską szantę ‚Samanta’ i pomyślałam, że ta łajba ma jednak duszę.
Na linii startu udaje nam się dostrzec polską banderę na statku Weddell i to naprawdę cudowne uczucie widzieć polską załogę w szrankach na tak prestiżowych zawodach. Sam start zawodów to naprawdę niesamowite przeżycie. Nawet, jeśli nie jest się fanem żeglarstwa, to zobaczenie 100 jachtów zaczynających się ścigać w tak pięknym mieście, to czysta przyjemność.

Na starcie regat Sydney – Hobart
Na starcie regat Sydney – Hobart
Harbour bridge i nasza wiekowa łajba Wangi Queen

Pożegnanie z Sydney

W ostatni nasz dzień w Sydney przeznaczamy na studencką dzielnicę Newtown. Kolorowe, pełne murali uliczki to zupełnie inny klimat niż ten panujący na wybrzeżu, a tak bardzo wpasowujący się w klimat tego miasta. Gdzieniegdzie powiewają flagi z tęczą, w związku z tym, że Australia kilka tygodni wcześniej zalegalizowała zawieranie związków przez osoby tej samej płci.
Cieszy mnie w tym mieście wszystko. No może wolałabym widzieć mniejszy odsetek Azjatów na ulicach, bo w końcu jestem w Australii. I wolałabym, żeby zniknęły pająki i węże. Ale i tak najbardziej bym chciała, by Sydney jakimś cudem znalazło się gdzieś bliżej Polski niż na Antypodach…

Newtown, Sydney
Newtown, Sydney

Kilka praktycznych informacji:

– transport w Sydney jest dość drogi. W użyciu jest karta OPAL, którą kupujemy na lotnisku, innych stacjach lub w punktach usługowych, które je oferują. Sama karta ic nie kosztuje, nie jest również wymagany depozyt. Przy zakupie ładujemy kartę wielokrotnością 10 dolarów i następnie używamy w pociągach, autobusach i na promach.
– jeśli możecie – zwiedzajcie Sydney w niedzielę. W ten dzień za nieograniczone przejazdy zapłacimy najwyżej 2,60 AUD. W tej kwocie dojedziemy nawet do oddalonych o około 100 km Gór Błękitnych! W inne dni unikajcie godzin szczytu rano i po południu, przejazdy są wtedy o 50% droższe niż podczas podróży w pozostałych godzinach.
– transport z lotniska – samo lotnisko jest oddalone od centrum niedużo, bo jakies 10-12 km. Można taksówką, ale taniej wyjdzie przejazd pociągiem. Za wjazd na lotnisko jest doliczona dodatkowa opłata do standardowej ceny biletu (około 6 dolarów). Jeśli lądujemy na międzynarodowym terminalu nie ma możliwości wydostania się z lotniska piechotą, z terminalu krajowego możemy wyjść.
– mieszkanie – hotele są bardzo drogie, dużo taniej wyjdą rezerwacje na Airbnb, jednak uważnie czytajcie opinie, bo w Sydney oferują czasem naprawdę nieciekawe warunki, a jakie są naprawdę dowiecie się prędzej z opinii niż z pięknych opisów… Postarajcie się zarezerwować pokój z dostępem do kuchni. Jedzenie na mieście trzeba odpuścić jeśli podróżuje się budżetowo. Jeśli jesteście w podróży tylko kilka dni – można od czasu do czasu posilić się w fastfoodach. Na dłuższą metę jednak nie róbcie tego swojemu organizmowi.

Comments

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
      podróżożercy

      Zazdrościmy wyjazdu, bo Australia jest niesamowita! 🙂 Zapraszamy więc do siebie częściej, a w razie pytań – pisz do nas śmiało! Pozdrawiamy!

  1. Irena

    Sydney to dla mnie jedno z piękniejszych miast na świecie.
    Zachwyca mnie za każdym razem,kiedy tam jestem.
    Jednak mieszkac bym tam nie chciała.Za drogo,za tłoczno.Zresztą nie lubię dużych miast.
    W Australii chyba najprzyjemniejszym miastem do życia jest Adelaide.
    Wracając do Sydney jest tam co zwiedzac.Zwłaszcza widoki z mostu,można go przejśc bezpłatnie na niższym poziomie, są piękne.Widoki z wieży telewizyjnej,zwłaszcza wieczorem,kiedy miasto rozbłyskuje tysiącem świateł,wspaniałe.
    Super,że udało Wam sie zwiedzic to miasto.
    Pozdrowienia-)

    1. Post
      Author
      tygrysy podróży

      My w Sydney się zakochaliśmy, mimo, że nie lubimy dużych miast 🙂 Nie możemy się doczekać, by wrócić do Australii i na pewno wtedy zahaczymy o Adelaide! Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *