Sri Lanka – nie ma to jak nad oceanem!

Nad Oceanem

Wymarzony odpoczynek nad oceanem!

Wysiadamy połamani z autobusu na dworcu w Galle. W 8.5 godziny zrobiliśmy trasę 270 km. Siedzieliśmy w jednej pozycji, bez możliwości ruchu. A i tak powinniśmy być szczęśliwi, bo sporo pasażerów stało przez całą trasę. No nic, nieważne. Teraz zależy nam na tym, żeby jak najszybciej dostać się do naszego pensjonatu i wziąć szybki prysznic. Nie mamy ochoty na spacery z 15 kg plecakiem, więc decydujemy się na tuktuka. Kierowca podaje nam cenę z kosmosu, ale szybko – widząc naszą wrogą minę – proponuje cenę akceptowalną. Docieramy po paru minutach na miejsce, szybkie odświeżenie i ruszamy w miasto, bo niedługo zacznie się ściemniać.

Europejski akcent

Galle okazuje się najmniej lankijskim miejscem, które odwiedzamy podczas naszej wyprawy przez Sri Lankę. Wybudowany przez Portugalczyków fort, następnie zarządzany i przebudowany przez Holendrów, nadal jest dość mocno europejski. Powinnam pewnie powiedzieć teraz by być politycznie (tfu! podróżniczo poprawna), że to miejsce nie jest wiarygodne, że nie lankijskie i w ogóle niepasujące do reszty kraju. Nie powiem tak. Uważam, że Galle powinno być obowiązkowym punktem do odwiedzenia na Sri Lance. Uważam je za największą niespodziankę podczas naszej podróży. Poza tym mimo, że jest tu dość europejsko, to też część historii Sri Lanki. Sam Fort jest wyłączony z ruchu samochodowego i panuje tam spokojna atmosfera mimo sporej ilości turystów. Przechadzając się uliczkami nie sposób nie zachwycać się starymi budynkami sprzed kilku wieków. Spacerując po murach fortu, nie da się nie docenić potęgi obiektu, a także nie zakochać w zachodzie słońca widocznego z tego miejsca. Mamy też możliwość zejścia w kilku miejscach bezpośrednio do wody, z czego zdecydowanie korzystamy, bo jesteśmy stęsknieni za morzem.

 

 

Religie

Fort to także dzielnica 4 wyznań (nie ma takiej nazwy, ale jakoś skojarzyło mi się z Wrocławiem) i niemal sąsiadujące ze sobą zobaczymy: kościół anglikański, protestancki, świątynię buddyjską i meczet. Generalnie na Sri Lance mamy do czynienia z przenikającymi się religiami i osobami różnych wyznań mieszkającymi obok siebie, ale dość ciekawie to wygląda na tak małym terenie.
Następnego dnia dość szybko wstajemy, żeby móc przejść się jeszcze raz po forcie przed godziną wymeldowania. Okazuje się, że o godzinie 9 prawie wszystkie sklepy i knajpki są jeszcze zamknięte, wybór miesca na śniadanie to zatem: zjeść w jedynej otwartej kawiarni lub nie jeść wcale. Jeść chcemy, więc siadamy. Śniadanie trochę nam zajmuje, bynajmniej nie przez nasze tempo jedzenia, ale przez tempo obsługi, która swoimi ruchami wpasowuje się chyba w rytm tego miejsca. Ale za to udaje nam się w międzyczasie załatwić transport tuktukiem do Hikkaduwy w całkiem dobrej cenie.

 

Miejscowości „plażowych” jest na Sri Lance sporo, główne kurorty położone są na południu i na południowym zachodzie wyspy. My decydujemy się na Hikkaduwę. Poczytaliśmy dosyć dobre opinie, a to też najlepsze rozwiązanie ze względów logistycznych i naszego już dość ograniczonego czasu do wylotu. Hikkaduwa wita nas… tłumem turystów. Trochę to dla nas szok, ponieważ podczas naszej podróży na wyspie najczęściej byliśmy zaskoczeni tym, że turystów nie ma aż tak wielu i trochę zdążyliśmy odwyknąć od europejskich języków na każdym kroku. Idziemy na plażę, która okazuje się bardzo długa, więc mamy naprawdę spory wybór miejsca na ręcznik. Przebrnęliśmy przez plaże znajdujące się przed hotelowymi molochami i rozłożyliśmy się w bardziej spokojnym miejscu. Relatywnie spokojnym, bo trzeba zaznaczyć, że linia brzegowa jest całkowicie tu zagospodarowana, więc mimo otoczenia palm, będzie też zawsze trochę betonu i muzyka płynąca z przyplażowych barów.

 

Następny dzień zaczynamy od śniadania przygotowanego przez naszą gospodynię. Pani zna tylko kilka słów po angielsku, więc ponownie włączamy słownik „uśmiechowo-migowy” by się komunikować. Cieszymy się bardzo, że udaje nam się spać w takim miejscu, gdzie w końcu mamy okazję zjeść lankijskie śniadanie. Jemy jajko w curry, zagryzamy tostem z marakują i popijamy pyszną lankijską herbatą.

Jest 10:00 i już jest gorąco, ale na plażę postanawiamy pójść dopiero po południu. Wcześniej chcemy odwiedzić 2 obiekty na północ od Hikkaduwy.
Pierwszy z nich to muzeum tsunami. To dość smutne miejsce, pokazująze na dziesiątkach fotografii skutki tsunami, które jako pochodna trzęsienia ziemi z 2004 roku spowodowała śmierć 38 tys. lankijczyjów i ogromne zniszczenia. Pierwsza fala była tak potężna, że porwała pociąg relacji Galle-Kolombo. Niedaleko samego muzeum znajduje się mniejszy obiekt z podobnymi fotografiami. Natomiast to, co obrazuje potęgę żywiołu to stojący obok pomnik Buddy, którego wysokość równa się wysokości pierwszej fali z 2004 roku.

 Żółwie

Idziemy dalej, po 10 minutach docieramy do wylęgarni żółwi. Przy wejściu czytamy, że obiekt założył ojciec obecnego właściciela, po którego śmierci opiekę nad miejscem przejęła siostra, która… zginęła podczas tsunami. Okropna historia. Samo miejsce jest maleńkie, ale znajduje się tam kilkanaście basenów, gdzie można poznać kilka gatunków żółwi morskich, a także zobaczyć kilkudniowe maluchy. Na dodatek oprócz młodych żółwi jest też kilka okaleczonych (np. bez jednej kończyny), którym pomaga się nauczyć ponownego życia w wodzie, a kiedy będą na to gotowe – wracają do morza. Natomiast idea wylęgarni jest taka, by pomagać żółwiom… nie wyginąć.

Na Sri Lance nadal jest praktykowane zjadanie jaj żółwich. Niektórzy bowiem uważają, że mają magiczną moc… Prawnie handel jajami jest zakazany, ale mimo tego nadal kwitnie. Właściciel zatem odkupuje jaja (po wyższej cenie) od handlarzy, by następnie pomóc małym żółwiom się wykluć i po paru tygodniach wypuścić je do morza. Idea jest świetna, jednak mam dość spore zastrzeżenia do sposobu pozyskiwania jaj. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to jednak nakręcanie podaży zamiast walki z nielegalnym biznesem…

 

 

Po odwiedzinach w wylęgarni postanawiamy zajrzeć jak wygląda morze kilka kilometrów na północ od kurortu. Okazuje się, że natrafiamy na pustą, piękną i czystą plażę. Raj!

Nasze plażowe „znalezisko”

Następnego dnia kierujemy się już w kierunku Kolombo, bo kolejnego mamy wylot w kierunku Australii. Co do Kolombo – nie będę o nim za dużo pisać. Powiem tylko, że miejsc wartych odwiedzenia jest w nim niewiele, a w samym miejscie panuje chaos, chaos i jeszcze raz chaos. Naszym zdaniem szkoda, by poświęcić Kolombo więcej niż kilka godzin. Sri Lanka jest za ciekawa, by marnować czas w jej mało urokliwej stolicy.

To ostatnia część naszej relacji z podróży po Sri Lance. Macie jakieś pytania? Może wybieracie się na Sri Lankę i chcecie o coś podpytać? Piszcie śmiało!

Comments

    1. Post
      Author
      podróżożercy

      My pokochaliśmy przez Tajlandię i z każdym kolejnym odwiedzonym krajem kochamy ją coraz bardziej 🙂
      Życzymy jak najwięcej azjatyckich wojaży!

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *